Roland Emmerich w ciągu kilkunastu lat pracy w Hollywood zyskał sobie przydomek "Master of Disaster" (Mistrz zniszczenia) oraz opinię filmowca, który za duże pieniądze kręci nie koniecznie dobre, ale za to przebojowe filmy. Ja wobec Emmericha mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony uważam go za jednego z niewielu reżyserów, którzy wiedzą, jak wykorzystać w swoich filmach efekty specjalne, z drugiej jednak od jego obrazów odrzucają mnie szczątkowy z reguły scenariusz, nachalna symbolika, patos i męczące moralizatorstwo. Wchodzące właśnie na nasze ekrany katastroficzne "Pojutrze", jest wzorcowym przykładem takiego właśnie "emmerichowego" kina. [filmweb]